wtorek, 1 kwietnia 2014

ZUS czy ZUS + OFE



W ubiegłym roku na indywidualne konta Polaków w otwartych funduszach emerytalnych wpłynęło ponad 10 mld zł. W roku 2014, gdyby wszyscy stojący przez wyborem ZUS czy ZUS+OFE wybraliby tę drugą opcję, mogłoby to być nawet ponad 12 mld zł. A teraz każdy, kto zastanawia się nad decyzją czy pozostać przy OFE, czy zrezygnować, kierując całość składki do ZUS-u, niech zada sobie jedno proste pytanie: kto efektywniej wykorzysta te miliardy złotych – ZUS czy polscy przedsiębiorcy?


Od 1 kwietnia, czyli już od najbliższego wtorku, będzie można decydować gdzie mają być gromadzone składki na ubezpieczenie emerytalne. Do wyboru będziemy mieli dwie opcje: ZUS lub ZUS+OFE. Co wybrać i czy ten wybór w ogóle będzie miał jakieś znaczenia dla naszej przyszłej emerytury? Zacznijmy od przypomnienia, że łącznie składka emerytalna to 19,52 proc. wynagrodzenia brutto. Z tego 12,22 pkt. proc. trafiało, trafia i będzie trafiać do ZUS-u w ramach obowiązkowego I filaru systemu emerytalnego. Nas interesuje pozostałe 7,3 pkt. proc.

Do 2011 roku, czyli do czasu wprowadzenia pierwszych zmian w systemie emerytalnym przez rząd Donalda Tuska, składka w wysokości 7,3 proc. pensji brutto była kierowana do otwartego funduszu emerytalnego (OFE), czyli to obowiązkowego II filaru systemu emerytalnego. O tym, do którego OFE mają być kierowane składki, każdy mógł zdecydować sam, zawierając z funduszem stosowną umowę. Jeśli fundusz nie spełniał oczekiwań, można było go zmienić na inny. W 2011 roku uszczuplono składkę przekazywaną do OFE w ten sposób, że każdemu ubezpieczonemu stworzono dodatkowe subkonto w ZUS, na które zaczęto przekazywać większą część składki, która do tego czasu w całości zasilała indywidualne konta w OFE. Obecnie na subkonto w ZUS trafia 4,38 proc., a do OFE 2,92 proc. podstawy wymiaru składki na ubezpieczenie emerytalne, czyli wynagrodzenia brutto w przypadku osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. Zatem w sumie do ZUS-u przekazywanych jest obecnie 85 proc. całości składki na ubezpieczenie emerytalne. Decyzja, przed jaką postawił nas obecnie rząd, dotyczy więc zaledwie ok. 15 proc. jej wartości.

Szeroko dyskutowane i krytykowane zmiany w systemie emerytalnym, które rząd w ubiegłym roku zaproponował, a następnie wcielił w życie poprzez przegłosowanie przez sejmową większość odpowiednich ustaw, zmierzają do dalszego ograniczenia roli OFE. Pierwszym krokiem było przejęcie przez ZUS ponad połowy aktywów OFE o wartości ponad 150 mld zł. Były to obligacje gwarantowane przez skarb państwa, które zostały potem umorzone. Tym jednym posunięciem rząd znacząco zmniejszył (na papierze) dług publiczny nie przeprowadzając reformy finansów publicznych po stronie wydatków.

Kolejnym krokiem jest danie obywatelom wyboru w obszarze II filara pomiędzy ZUS i OFE. W istocie sprowadza się on do tego, czy chcemy, aby zostało tak jak jest teraz, czyli żeby na subkonto w ZUS nadal przekazywano 4,38 proc., a do OFE 2,92 proc. pensji, czy może żeby w ogóle zrezygnować z OFE i całe 7,3 proc. wynagrodzenia kierować tylko na zusowskie subkonto. Na decyzje są cztery miesiące, czyli czas jest do końca lipca. Przy czym specjalne oświadczenie trzeba złożyć po to, żeby zachować obecny stan. Jeśli więc nic nie zrobimy, z automatu zostaniemy przydzieleni do ZUS-u.

Na szczęście wybór, w jedną czy drugą stronę, nigdy nie będzie ostateczny. Zawsze więc będzie można cofnąć swoją decyzję, choć nie w dowolnie wybranym momencie. Używając terminologii sportowej, decyzję będzie można zmieniać w okienkach transferowych. Pierwsze, jak już napisaliśmy, potrwa od 1 marca do 31 lipca 2014 roku. Kolejne będzie za dwa lata, czyli w 2016 roku, a potem regularnie co cztery lata, czyli w 2020, 2024, 2028, itd. Zawsze mają to być te same cztery miesiące: kwiecień, maj, czerwiec i lipiec.

Na okienka transferowe nie będą musieli czekać ci, którzy dopiero rozpoczynają pracę. Oni od razu będą mogli decydować, czyli część ich składki emerytalnej ma trafiać do OFE. Wystarczy, jeśli we własnym zakresie zawrą umowę z wybranym OFE. Jeśli tego nie zrobią, składka w całości będzie kierowana na subkonto w ZUS-ie.

Jednocześnie dokonano kilku zmian w funkcjonowaniu samych OFE. Po pierwsze, zmniejszono maksymalną prowizję, jaką OFE mogą pobierać od przekazywanych do nich składek z 3,5 proc. do 1,75 proc. To na pewno zmiana korzystna dla klientów funduszy, ale nie należy przeceniać jej znaczenia. Opłaty tego typu rzutują oczywiście na efektywność inwestowania w OFE, ale w o wiele mniejszym stopniu, niż to jest w przypadku wynagrodzenia za zarządzanie funduszem. Prowizja na wejściu jest bowiem płatna jednorazowo, zaś wynagrodzenie za zarządzanie potrącane jest systematycznie przez cały czas uczestnictwa w funduszu. A trzeba zauważyć, że koszt zarządzania, jaki może obciążać aktywa funduszu emerytalnego, ustawowo ograniczony jest do 0,54 proc. od średniej wartości aktywów w skali roku. To wielokrotnie mniej, niż pobierają od klientów porównywalne fundusze inwestycyjne stabilnego wzrostu.

Po drugie, limit inwestycji w akcje dla OFE ustalono na poziomie nie niższym niż 75 proc. wartości aktywów. Zrobiono to jednak nie dlatego, żeby zwiększyć ich szanse na zyski, tylko po to, żeby powstrzymać falę wyprzedaży na giełdzie, która mogłaby nastąpić w konsekwencji umorzenia obligacji z portfeli OFE, stanowiących ponad połowę ich aktywów. OFE najprawdopodobniej dążyłyby do modelowego emerytalnego portfela inwestycyjnego, w przypadku którego powszechnie przyjmuje się, że udział akcji powinien zawierać się w przedziale mniej więcej 20-40 proc., a to oznaczałoby konieczność sprzedaży znacznej części posiadanych przez nie akcji. Ten minimalny poziom zaangażowania w akcje dla funduszy emerytalnych co roku będzie zmniejszany o 20 pkt. proc. i zniknie całkowicie dopiero w 2018 roku.

Ale wracając do pytania postawionego na samym początku, co wybrać i czy ten wybór w ogóle będzie miał jakieś znaczenia dla naszej przyszłej emerytury? Wygląda na to, że decyzja – najprawdopodobniej – dla wysokości emerytury nie będzie miała większego znaczenia. Koniec końców pieniądze z OFE i tak trafią do ZUS-u, bo mają być tam stopniowo przekazywane przez ostatnie 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego, a potem to ZUS ma się zająć wypłatą emerytur.

Przy OFE warto jednak zostać choćby dla zróżnicowania emerytalnych oszczędności. Trzeba mieć na uwadze, że realne pieniądze, które do nich trafiają, pozostają realne. Są inwestowane w realne, namacalne aktywa, jak akcje czy obligacje firm. Natomiast pieniądze kierowane do ZUS są przeznaczane na wypłaty rent, emerytur i innych świadczeń realizowanych przez Zakład. I niewiele wynika z tego, że ZUS zapisuje wszystko na indywidualnych kontach, bo są to tylko elektroniczne zapisy, za którymi nie kryją się żadne realne pieniądze, tylko zwykła obietnica. ZUS nie może sprzedać akcji czy obligacji, które kupił w naszym imieniu i w ten sposób pozyskać pieniądze na wypłatę naszej emerytury, bo nie posiada takich aktywów. ZUS nie inwestuje w polskie przedsiębiorstwa, dając im kapitał na rozwój i tworzenie miejsc pracy. To OFE pełnią rolę takiego przekaźnika, czyli pomagają w redystrybucji kapitału, która stymuluje rozwój gospodarczy. Sprawiają, że nasze oszczędności emerytalne nie są bezproduktywnie przejadane, tylko służą nam wszystkim zgodnie ze starą biznesową zasadą, że pieniądz rodzi pieniądz.

A chodzi o całkiem spore pieniądze. W wymiarze indywidualnym, niecałe 3 proc. wynagrodzenia może wydawać się kwotą nieznaczną, ale jeśli popatrzymy na całokształt, to robią nam się z tego miliardy. W 2012 roku na konta emerytalne Polaków w OFE wpłynęło blisko 8 mld zł (bez karnych odsetek, płaconych przez ZUS za opóźnienia), a w ubiegłym roku było to ponad 10,2 mld zł. Wcześniej, czyli przed ograniczeniem składki na OFE w maju 2011 roku, było to już ponad 20 mld zł rocznie. Po niecałych trzech miesiącach 2014 roku kwota ta przekracza już 3,1 mld zł, czyli dokonując prostego szacunku, można się spodziewać, że w całym roku mogłaby sięgnąć 12 mld zł. Mogłaby, bo zapewne tyle do OFE nie wpłynie, gdyż wszyscy ich uczestnicy musieliby do końca lipca złożyć oświadczenia, że chcą, aby w dalszym ciągu ich składka kierowana na II filar systemu emerytalnego była dzielona pomiędzy ZUS i OFE, a to jest absolutnie nierealne.

Każdy stojący przed decyzją, czy pozostać przy OFE, czy zrezygnować kierując całość składki do ZUS-u, powinien zadać sobie jedno proste pytanie: kto efektywniej wykorzysta te miliardy złotych, które i tak zostaną potrącone z naszych pensji – ZUS czy polscy przedsiębiorcy?


źródło: informacja prasowa, Bernard Waszczyk, Open Finance

czwartek, 27 lutego 2014

IKE powoli rośnie. IKZE przed szansą na skokowy wzrost.

IKE powoli rośnie. IKZE przed szansą na skokowy wzrost

Przybywa oszczędności zgromadzonych na IKE. Na koniec 2013 roku wyniosły blisko 4,3 mld zł. Niestety liczba oszczędzających w ten sposób na dodatkową emeryturę wciąż jest nieznaczna, bo na każdy 1000 pracujących robi to raptem 16-17 osób. Szans na rozwój trzeciego filara można upatrywać w IKZE, które w ostatnim czasie zostało mocno przekonstruowane.


W tym roku mija już dziesięć lat od wprowadzenia możliwości odkładania na dodatkową emeryturę w ramach indywidualnego konta emerytalnego, oferującego warunkowe zwolnienie z 19-proc. podatku od zysków kapitałowych. Zebrane na nich oszczędności systematycznie rosną i na koniec 2013 roku przekroczyły już 4,27 mld zł. Regularnie rośnie też wysokość średniej wpłaty dokonywanej na rachunki prowadzone w ramach IKE w ciągu roku. W ubiegłym roku było to ponad 3100 zł, podczas gdy rok wcześniej niecałe 2600 zł, a jeszcze rok wcześniej nieco mniej niż 2000 zł. Jak widać, większość oszczędzających nie wykorzystuje w pełni rocznego stosunkowo wysokiego limitu wpłat, ustalanego co roku przez ministra pracy i polityki społecznej, wynoszącego w bieżącym roku 11.238 zł (rok wcześniej było to 11.139 zł).

Liczba IKE i wartość zgromadzonych na nich środków

Źródło: KNF.

Z punktu widzenia osoby zatroskanej sytuacją przyszłych emerytów, można by nawet być zadowolonym, gdyby nie fakt, że liczba otwartych rachunków IKE w ciągu ostatnich siedmiu lat zmieniła się tylko nieznacznie i wciąż utrzymuje się na poziomie ok. 800 tys. To niewiele, zważywszy, że w Polsce – wg danych GUS – osób pracujących jest 15,7 mln. Oznacza to, że rachunki IKE posiada ok. 5 proc., czyli co dwudziesty pracujący Polak. Na tym niestety nie koniec, bo trzeba pamiętać, że nie na wszystkie rachunki dokonywane są w jakiekolwiek wpłaty. Liczbę IKE, na które w ubiegłym roku dokonano wpłaty, wyniosła niemal równo 260 tys. To nieco mniej niż jedna trzecia wszystkich IKE. Ten wskaźnik, podobnie jak liczba istniejących IKE, w ciągu ostatnich lat również niewiele się zmienia. Prowadzi to niestety do niezbyt optymistycznej konkluzji, że na każdy 1000 pracujących w Polsce osób, faktycznie na IKE odkłada raptem 16-17.

Jest szansa, że sytuację odmieni nieco drugie proponowane przez ustawodawcę rozwiązanie, czyli indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego (IKZE). Obchodzi ono dopiero drugie urodziny, ale dwa pierwsze lata nie upłynęły szczególnie udanie. Co prawda, w pierwszym roku podpisano prawie 497 tys. umów, jednak wpłat dokonano na raptem niecałe 33 tys., czyli 6,6 proc. W ubiegłym roku było tylko nieznacznie lepiej. Ogólna liczba IKZE skurczyła się o 395 sztuk, czyli niemal nie uległa zmianie, natomiast wpłat dokonano na 54,4 tys. z nich., czyli niespełna 11 proc. Wskaźnik ten pozostaje więc na wyraźnie gorszym poziomie niż w przypadku IKE. Oszczędności zebrane na IKZE to tylko 119 mln zł.



Powody do optymizmu dają jednak zmiany, jakie wprowadzono w funkcjonowaniu IKZE. Od tego roku dla wszystkich obowiązuje – jak w przypadku IKE – kwotowy limit wpłat (niecałe 4500 zł w 2014 roku). Wcześniej był on ograniczony do 4 proc. podstawy wymiaru składki na ubezpieczenie emerytalne, czyli płacę brutto w przypadku osób zatrudnionych na umowę o pracę. Było to mało korzystne szczególnie dla osób prowadzących działalność gospodarczą (wg danych GUS na koniec III kwartału 2013 roku pracodawców i osób pracujących na własny rachunek było blisko 3 mln), które zazwyczaj płacą do ZUS możliwie najniższe składki, naliczane od kwoty równej 60 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego, ogłaszanego przez ministra finansów. W tym roku jest to kwota ok. 2250 zł. Gdyby IKZE funkcjonowały na starych zasadach, większość z tych osób mogłaby odłożyć na nich nie więcej niż 1080 zł w ciągu roku, uzyskując ulgę podatkową w wysokości 205 zł. Dzięki zmianom, będą mogły odłożyć czterokrotnie więcej, uzyskując w ten sposób prawo do zmniejszenia podatku o 800-1440 zł, w zależności od tego czy rozliczają się na zasadach ogólnych, czyli według skali podatkowej (18 proc./32 proc.) czy według 19-proc. podatku liniowego. Warto w tym miejscu wspomnieć, że ulga na IKZE jest bodaj jedyną ulgą, z której mogą korzystać „liniowcy”.

To właśnie w grupie osób prowadzących własną działalność gospodarczą, szczególnie rozliczających się według podatku liniowego, można upatrywać potencjalnie największego zainteresowania IKZE w nowej odsłonie. Jako osoby prowadzące własną działalność, są z reguły bardziej aktywni i bardziej zainteresowani w – jak to się ładnie mówi – optymalizacji podatkowej. Zwłaszcza, że „liniowcy” wiele takich możliwości nie mają, a według danych Ministerstwa Finansów, w 2012 było ich ok. 430 tys.

źródło: informacja prasowa, Analizy Open Finance